/ Nie było mnie tu już od ponad roku i miałam zamiar już nie wracać, jak do wielu rzeczy, które kiedyś z zapałem zaczęłam a potem już bez zapału kończyłam. Ale odczułam potrzebę żeby wrócić. I oto jestem. Po drodze przeczytałam wiele, wiele wartych zrecenzowania pozycji, ale pewnie nawet nie mogłabym sobie ich wszystkich jakoś po kolei przypomnieć. Pewnie dlatego też wracam. Żeby nie zapominać.
Poza tym też dlatego, że odkryłam bloga Zwierza i pomyślałam, że byłoby cudownie zrobić coś takiego z książkami. Potem sobie przypomniałam, że już w sumie kiedyś próbowałam ; )
"Kochanie, zabiłam nasze koty" to ostatnia powieść Doroty Masłowskiej, która podbiła rynek księgarski swoją "Wojną..." (którą absurdalnie planuję przeczytać w dalszej kolejności). Bardzo wyczekiwana, pięknie wydana w twardej okładce, choć jak dla mnie z nieco zbyt dużymi literami, opowiada o Farah. Fah jest, jak można się domyślić, Amerykanką, ale to wcale nie przeszkadza, bo jej historia jest na wskroś uniwersalna. To przede wszystkim opowieść o samotności.
"Koty - to jest o kotach, będzie pani zachwycona" - ten cytat z Cohna daje sobie Masłowska za motto i jest to jakiś rodzaj przedstawienia się. Potem dodaje przecież już od siebie, że kot (bo jest tylko jeden) leżał na ulicy przed domem 'ni to grzejąc się w słońcu, ni to raczej jednak nie żyjąc, wnosząc z faktu, że nie było słońca ani żadnych innych przyczyn, by leżeć wśród pędzących samochodów' i taka właśnie jest cała ta książka, i na tym można byłoby tę recenzję bezczelnie zakończyć. Ta książka jest bowiem bezczelna, jest kpiarska i bezpruderyjna. Wypełniona po brzegi czarnym humorem i absurdem roztacza przed czytelnikiem uroczy obrazek współczesnego człowieka, który jest tak żałosny, że aż chciałoby się go przytulić.
'Jej metafory, porównania, sposób opowiadania, cały sposób, budzą zdumienie, potem rozbawienie, a nierzadko wrażenie autentycznej poezji' napisał o Masłowskiej Mrożek i trudno byłoby się z nim nie zgodzić. Także gdy mówi, że ta umie opowiadać, bo a i owszem - umie - choć zdaje się o samą opowieść zbytnio nie troszczyć, ani o ciąg przyczynowo-skutkowy, ani o prawdopodobieństwo, ani o iluzję braku opowieści. Tak przecież buduje się 'porządną' powieść - jak styl zerowy w kinie - żeby czytelnik sądził, iż wcale mu się nie opowiada i żeby mieć stuprocentową pewność iż rozumie tok akcji. Masłowska bez specjalnych oporów czy zapowiedzi miesza sen z jawą i w sposób wyjątkowo bezczelny ujawnia się w powieści jako pisarz i narrator, i do tego nawet sam bohater!
Dość już jednak o formie, choć ta nie daje o sobie zapomnieć w toku czytania. To wrażenie poezji jest zresztą czytelnikowi niezbędne, by tę opowieść, naszpikowaną jakąś taką nieokrzesaną brutalnością i oryginalnie epatującą seksem w ogóle przełknąć. Jest to więc taka rozmowa Masłowskiej z czytelnikiem o współczesności, którą niewielu z nas odważyłoby się poprowadzić i to tylko z kimś bliskim, zaufanym i rozumiejącym. Jest to rozmowa absolutnie szczera, nawet jeśli nie zawsze wyrażona zupełnie wprost a poukrywana za symbolicznymi przedmiotami, które co rusz wkradają się do opowieści. A jeśli można coś mniej ulotnego niż jakieś wrażenie czy pobieżny namysł na koniec z tego wszystkiego ukuć to będzie to refleksja o samotności człowieka. "Kochasz się z kimś i myślisz już, że będzie z tobą razem z tobą, że zlepicie się i będziecie tak na zawsze, głowa w głowę, serce w serce, że w wielkim ognisku miłości spalisz tę samotność, ten cały tłuszcz życia, druzgocącą ohydę własnego istnienia! A tymczasem: on tylko wstaje i idzie do łazienki się wysikać, a ty leżysz i patrzysz na zwały cellulitisu, które niegdyś były twoimi udami" - zwierza się jedna z bohaterek, Jo, przyjaciółka Fah. Wciąż jednak próbują tego wszyscy aktorzy tego niezbyt pocieszającego przedstawienia - pokonać tę samotność, poczuć jakąś bliskość, która zapełniłaby wewnętrzną pustkę. To, zdaje mi się, nieczęsta opowieść, ale przy tym jak nam wszystkim znana (może dlatego też nieczęsta). Lubimy w końcu szukać w książce pocieszenia, chcemy przy napisie 'koniec' przeczytać 'dobry' a w każdym razie mieć takie poczucie, że wszystko, przynajmniej na kartkach papieru, będzie zupełnie fajnie. U Masłowskiej pocieszenia nie znajdziemy.
Kid President powiedziałby pewnie, że możemy o tej samotności popłakać albo potańczyć. Masłowska pewnie powiedziałaby, że możemy się z niej pośmiać, wykpić ją. Nawet jeśli i my zrobimy się mali, to ta samotność też wyda się taka mała i śmieszna a w każdym razie jakaś swojska i na swój sposób wspólnotowa. Tkwimy w końcu w niej wszyscy.
To powieść z pewnością nie dla każdego, nie z tych przyjemnie lekkich lektur na plażę, choć też nie całkiem poważna. Łatwo się w niej 'odnaleźć', ale to odnalezienie niekoniecznie oczekiwane a w każdym razie nie podejrzewam, by przez wszystkich. Przede wszystkim zaś - trzeba rozkochać się w tym masłowskim języku, by czytanie przyniosło jakiś rodzaj masochistycznej rozkoszy, którą i mi dostarczyło.
Czytam powoli, smakując litery. Oceniam ostrożnie, lecz jestem wybredna ...
piątek, 15 lutego 2013
czwartek, 13 października 2011
rozrywka na poziomie całkiem dobrym.
Ile to już mnie tu nie było? Syndrom początku roku szkolnego w tym roku trwał nieco dłużej :) Poza tym wchodzę w meandry współpracy z serwisem Paradoks.net - bardzo miłej w sumie. Można tam teraz przeczytać moją recenzję. Jest pewnie trochę inna niż większość, które zamieszczam tutaj, ale taki jest charakter serwisu i próbuję się do niego dostosować.
Coś jeszcze o książce ode mnie? Ogólnie jest to fantasy na dość wysokim poziomie, choć odrobinę kuleje fabularnie. Widać wysoką sprawność pisarską autorki, ale zabrakło trochę 'tego czegoś'. Ogólnie czytało się przyjemnie i lekko, choć pewnie nie zostanie w pamięci na długo. W ostatecznym rozrachunku polecam szukającym lekkiej lektury.
Jak się wezmę do roboty, to się pojawią jakieś recenzje w najbliższym czasie :)
Coś jeszcze o książce ode mnie? Ogólnie jest to fantasy na dość wysokim poziomie, choć odrobinę kuleje fabularnie. Widać wysoką sprawność pisarską autorki, ale zabrakło trochę 'tego czegoś'. Ogólnie czytało się przyjemnie i lekko, choć pewnie nie zostanie w pamięci na długo. W ostatecznym rozrachunku polecam szukającym lekkiej lektury.
Jak się wezmę do roboty, to się pojawią jakieś recenzje w najbliższym czasie :)
poniedziałek, 29 sierpnia 2011
religijny ateizm?
Trudno się spodziewać u miłośnika szelestu papieru i zapachu zadrukowanych kartek, że będzie lubił ebooki. Dlatego sama ich nie kupuje, ale zdarzyło się wygrać. Oczywiście, nie czytałam go na komputerze, lecz szarlatańskim sposobem zmusiłam drukarkę by wypluła jakąś namiastkę książki i wzięłam się za lekturę.
Temat ciekawy, choć tak stary jak sam ateizm. „Horton antyreligious” to książka traktująca o religii i absurdach z nią związanych, ma być w założeniu ‘oprogramowaniem antyreligijnym’ chroniącym nasz umysł.
Niewielkich rozmiarów ebook czyta się szybko, napisany lekkim, trochę ‘gazetowym’ a nawet ‘portalowym’ językiem, jest zbiorem luźno powiązanych refleksji. Ma formę podobną do eseju, każdy rozdział ma jakby swój ‘przedrozdział’, który jest wstępem do omawianej kwestii, wprowadza to pewien rodzaj porządku, ale jednocześnie nie pozwala uniknąć powtarzania pewnych rzeczy dwukrotnie a nawet trzykrotnie tylko trochę ‘przeinaczonych’.
Nie było dla mnie specjalnym zaskoczeniem to, że autor wie na temat katolicyzmu więcej niż niejeden wyznawca tej religii (co nie jest takie trudne, bo wielu z nich nawet nigdy na Biblię nie spojrzało) i w tej kwestii się nie rozczarowałam. Porusza on parę tematów, na które większość z nas nie zwróciłoby uwagi, choć jak dla mnie omawia je trochę zbyt zdawkowo.
Nie jestem zwolennikiem żadnych skrajności, ani specjalnej religijności, ani zdecydowanej antyreligijności. Autor wprawdzie swój cel zaznacza jasno – nie zamierza nikomu bronić uczęszczania do kościoła i wyznawania swojej religii, lecz chce walczyć o prawa tych, którzy tej religii nie uznają – lecz nie udaje mu się uniknąć skrajności. Wbrew pozorom ateizm również potrafi być rodzajem religii i może mieć swoich fanatyków – autor złotego środka chyba nie znalazł i momentami jego zarzuty są dość absurdalne i niepotrzebne. Nie można całkowicie umniejszać wagi religii i sprowadzać jej do wiary w czerwonego kapturka.
Autorowi można to jednak wybaczyć, bo miewa spostrzeżenia również bardzo trafne i nieraz uśmiechałam się sama do siebie, że nie zwróciłam na to uwagi. Pozwala to odkryć nieznane nam tereny i samodzielnie i wreszcie świadomie zdecydować o tym, w co wierzymy, komu ufamy i jak reagujemy na argumenty Kościoła. Sam cel książki też nie jest błahy – zwraca on uwagę na to, jak religia bez pytania się o zgodę wkracza do naszego życia prywatnego i publicznego, jak umniejsza się naszą wolność wyboru próbując decydować nie tylko o tym, co właściwe lub nie dla katolików, ale także, co powinno być dozwolone lub nie dla całego społeczeństwa. Może czas wreszcie pogodzić się z tym, że w cywilizowanym państwie pewne rzeczy pozostawia się naszym sumieniom, nie zaś zakazuje, czy nakazuje?
Miejscami irytująca, lecz ostatecznie warta lektury.
Subskrybuj:
Posty (Atom)