Czytam powoli, smakując litery. Oceniam ostrożnie, lecz jestem wybredna ...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pokochała Toma Gordona. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pokochała Toma Gordona. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 2 sierpnia 2011

niestraszny horror o życiu

Pana Kinga pewnie nikomu przedstawiać nie trzeba, amerykański pisarz, nagrodzony DCAL (medal za wybitny wkład w literaturę amerykańską), autor głównie powieści grozy. Za to „Pokochała Toma Gordona” przedstawić chyba nawet należy, bo to nie jest jego najbardziej znane dzieło. W Polsce została wydana w tym samym roku, co oryginał, a więc w 1999, ja mam w łapkach jej wznowienie z 2008. Znana chyba głównie z tego, że jest cienka. Naprawdę.
W sumie zabrałam się za jej lekturę całkiem przypadkowo, bo choć już wcześniej planowałam przygodę z tym autorem (tak! To mój pierwszy raz), to raczej od czegoś bardziej ‘kultowego’. W sumie kupiłam ją sama, ale jako prezent dla mojego taty, który przeczytał ją i widząc mnie jak (już zwyczajowo) marudzę, że wzięłam za mało książek na wczasy, podrzucił mi ją.
Największy problem z tą powieścią jest problem z jej zakwalifikowaniem. Niby horror, lecz w sumie, ani to straszny, ani jakoś specjalnie nierealistyczny. Mała dziewczynka jest na spacerze z mamą i bratem, którzy jak zwykle kłócą się o to, że on chce wrócić do ojca, a ona mu na to nie pozwala. Trisha, bo tak nazywa się główna bohaterka, próbuje im przeszkodzić, bo musi iść w krzaczki ‘za potrzebą’, ale zajęci sobą, nie dostrzegają jej. Idzie więc sama i splotem okoliczności zaszywa się tak daleko w las, że nie wie już jak wrócić i gubi się w lesie. Dziennie przemierza kilometry, pijąc wodę z rzeki i żywiąc się tym, co daje jej natura, cały czas śledzona przez nieznane Coś. Wszystko odbywa się na granicy realności i snu, Trisha wyobraża sobie, że towarzyszy jej tytułowy Tom Gordon, którego jest wierną fanką i objaśnia jej, jak zwyciężać.
W sumie całą powieść niewiele się dzieje, dziewczynka cały czas upada i się podnosi, popełnia błędy i podejmuje właściwe decyzje. Dorasta. Nie traktowałabym jednak tego w kategoriach jakiejś metafory samego procesu dorastania, niby powieść drogi, niby dziewczynka sama w lesie… ale autor nie sili się na jakieś psychologiczne analizy. Skoro nie dorastanie, to co? Trochę refleksji o religii i o bogu się pojawia. Mała dziewczynka właśnie takie sobie stawia pytania, sama w lesie ma potrzebę się do kogoś pomodlić, nikt jednak ją o bogu nie uczył, jej mama jest niewierząca, jej tata w odpowiedzi na pytanie mówił coś o ‘niesłyszalnym’. Ale Trisha nie potrzebuje boga, którego nie ma. Bóg Toma Gordona, na którego pokazuje, gdy wygra, też na niewiele się zdaje. To jednak nie jest też główny motyw powieści – rozważania o wierze grają nie pierwsze, ale może drugie skrzypce.
A więc nie dorastanie i nie religia, więc może o zwycięstwie? O tym w końcu opowiada jej Tom Gordon, gdy jej towarzyszy. Jak się wygrywa, jak ma zwyciężyć tę wędrówkę, jak ma zmierzyć się z tym Czymś. Ważny motyw, lecz nie kluczowy.
Bo ta powieść nie jest o niczym konkretnym, to był chyba mój jedyny ból, podczas jej czytania. Jest trochę rozmydlona, jakby autor chciał zamknąć cały przepis na życie w tych niecałych dwustu stronach. To sprawia, że gdy ją kończymy, sami nie wiemy, co o niej myśleć, takie ‘o, skończyło się’. Nie jest moralizatorska, gdyby ktoś się tego obawiał, nie serwuje się nam tanich aforyzmów, choć znalazłaby się jakaś myśl idealna do pamiętnika. Czyta się w sumie miło, lecz nie zachwyca. Czy warto? Sama nie wiem, taka krótka refleksja o życiu pana Kinga. W sumie czemu nie?